Tysiące twarzy, przemykające przez pamięć wyrazistymi krótkotrwałymi portretami. Matki, dzieci, starcy. Na nich rysuje się historia doświadczeń, krótka bądź długa, bogata lub uboga. Grymasy, uśmiech, ból – te pierwsze naturalne, bądź wyrażające większą wrażliwość – zażenowanie, melancholia, niedowierzanie, współczucie… To było jego nieme kino, fotoplastykon odkrywcy wspomnień, rozpalony ciepłym światłem sepii, nieograniczony kontrastem,bez czerni i zimnej bieli.


.

Na jednych rysowały się prostota i szczerość odziane w ciężką pracę – te sprawiały radość i dawały siłę w wiarę, że ludzkie to znaczy godne – na innych zawiść, chytrość i spryt - powodujące nieprzyjemny dreszcz towarzyszący zagrożeniu. Ale najbardziej lubiane przez niego - z bezradnie szukającymi oczami, czekające na subtelność, ciche, wrażliwe, łatwe do skrzywdzenia. Te prowokowały do ciepłego uśmiechu i wymagały opieki. Było w nich to znamię absolutnego wyczulenia na gesty, słowa i spojrzenia, lecz zdarzały się rzadko i były ozdobą kolekcji.
Tak patrzyła kiedyś matka, w taką twarz ubierał we wspomnieniach pierwszą miłość. Zawsze oświetlał je miękkim naturalnym światłem rozproszonym przez firany dawnego saloniku muzycznego. Wtedy powracał cały wystrój, całe ich otoczenie: ciąg klawiatury rytmiczny i uporządkowany - wystający po za cały fortepian swoją poszarpaną bielą, secesyjne krzesła- lekkie, zwinne i sarnie, stojące wokół okrągłego dębowego stolika…
Twarze oddalały się wtedy i stawały coraz mniej widoczne, wyblakłe, pozbawione szczegółów, zatracając się w niezliczoności detali, wypierane przez świadomość że za chwilę skończy się spektakl iluzorycznych odczuć powodujących „przekrwienie ducha” i ucinając otwarciem powiek te przyjemne chwile przywróci go do codziennego biegu zdarzeń, do mechaniki życia, czynności powtarzanych rutynowo, do masek dobranych do okoliczności – wykonanych skwapliwie ze skryptów zachowań.


.